czwartek, 4 czerwca 2015

"Miasteczko Twin Peaks" - czyli o małomiasteczkowych sekretach






 
"Ogniu krocz za mną..."
 
 
 
"Twin Peaks" tytuł zapewne znany każdemu wielbicielowi seriali. Ja co prawda zbyt wiele ich nie oglądam, ze względu na niewielki czas którym dysponuję, jednak po tylu pozytywnych opiniach jakich się na jego temat naczytałam, nie mogłam chociaż z ciekawości nie sprawdzić, czy te wszystkie zachwyty są na pewno w uzasadnione. Bowiem serial ten jest uważany za kamień milowy w rozwoju produkcji telewizyjnych, klasyka i absolutne arcydzieło. Coś, co na zawsze zmieniło oblicze telewizji.


Tytuł o którym mowa powstał w latach 1990-91, czyli w czasach w których mnie jeszcze na świecie nie było. Okazał się olbrzymim sukcesem, nie tylko w kraju, w którym powstał, czyli w Stanach Zjednoczonych, ale również na całym świecie. Mimo upływu 24 lat od zakończenia emisji wciąż przyciąga niczym magnes nowe grona widzów. Produkcja składa się z dwóch sezonów: pierwszego składającego się z ośmiu odcinków i drugiego mającego dwadzieścia dwa odcinki. Co ciekawe za rok, czyli po 25 latach planowane jest powstanie trzeciej serii, co mnie bardzo cieszy, gdyż po szybkim pochłonięciu pierwszego sezonu mam olbrzymią ochotę na więcej i zapewne w najbliższym czasie pochłonę drugi i będę musiała czekać aż rok, pociesza mnie jednak to, iż niektórzy musieli czekać 25 lat. Twórcami tego dzieła są: Mark Frost i David Lynch. Czas trwania odcinka wynosi 45 minut. 
 
 
 
 
 
 
 
Opis:
 
Fabuła serialu ukazuje śledztwo prowadzone przez agenta specjalnego FBI w sprawie niezwykłego morderstwa uczennicy liceum Laury Palmer. W trakcie policyjnego dochodzenia wychodzą na jaw ukrywane sekrety mieszkańców spokojnego miasteczka Twin Peaks.
 
 
 
 
"Miasteczko Twin Peaks" to serial dziwny, niejasny, groteskowy, a przez to fascynujący i niemiłosiernie wciągający. To dzieło wymykające się z ram, nietypowe i zaskakujące. Jednakże sam początek nie robi zbyt kolosalnego wrażenia, mamy odnalezienie ciała i początki śledztwa, jednakże im bardziej wsiąkniemy w toczącą się historię, tym bardziej jesteśmy w stanie zauważyć, że nie jest to tylko i wyłącznie typowy, przewidywalny kryminał. Ciężko mi tak naprawdę zakwalifikować ten serial do jakiegoś konkretnego gatunku, bo tak naprawdę jest tu wszystko: wątki detektywistyczne, elementy grozy, humor, kamp, surrealizm i ironia. Ta mieszanka sprawia, że wszelkie wątki a także postacie bohaterów wydają się troszeczkę przerysowane i dziwaczne. Nie bez znaczenia są także jawne nawiązania do konwencji oper mydlanych, melodramatyzm i nielogiczne zachowania bohaterów są jawną parodią amerykańskich tasiemców.
 
 
 
 
 
 
 
 
Olbrzymim plusem TP jest obsada. Wszyscy bohaterowie, a są to postaci doprawdy nietypowe zostali zagrani perfekcyjnie. Jednak moim osobistym zdaniem najlepszą kreację stworzył odtwórca roli agenta Coopera -  Kyle MacLachlan.  Cooper w jego wykonaniu to postać najważniejsza w całej produkcji: jest bardzo inteligentny i posiada równie specyficzne poczucie humoru jak mieszkańcy miasteczka. Wszystkie swoje przemyślenia nagrywa na dyktafon. Jest miłośnikiem placka wiśniowego i kawy. Mimo raczej pozytywnych cech charakteru nie jest w żadnym razie postacią nudną, a wręcz przeciwnie bez niego ta produkcja nie byłaby tym samym. Innymi istotnymi czynnikami wpływającymi na odbiór serialu są też muzyka i sceneria. TP to miasteczko z pozoru spokojne, można by nawet rzec sielankowe. Położone gdzieś w górach w Ameryce kusi pięknymi widokami i powolnym trybem życia. Jak się jednak później okazuje nie jest to wcale miejsce ciche i bezpieczne. Dużą rolę w budowaniu klimatu odegrała nietypowa muzyka, tworząca z jednej strony nastrój niepewności i napięcia, z drugiej jednak nie trudno nie mieć wrażenia, że przypomina ona tak łudząco muzykę do jakiejś opery mydlanej.
 
 
Samica rudodrozda 

Polecam. Mimo upływu czasu TP jest wciąż czymś ciekawym i wyróżniającym się. Ostrzegam jednak, że z początku można mieć pewne trudności z przyzwyczajeniem się, ponieważ nie ma co ukrywać, że od tamtego czasu telewizja rozwinęła się znacząco i mimo swojej wyjątkowości w tamtych czasach serial ten widzom, którzy znają współczesne produkcje jak Sherlock, czy też The Game of Thrones może wydać się na początku niczym specjalnym.
 

22 komentarze:

  1. Może bym dała szansę ;)
    Pierwsze słyszę o tej książce...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam! Myślałam o kolejnej książce i dlatego tak napisałam... :(
      Oczywiście, serial serial! :)

      Usuń
    2. Nic się nie dzieje, każdy się czasem może pomylić ;)

      Usuń
  2. Nie słyszałam o nim.W wakacje postaram się przełamać i zacząć oglądać ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Oglądałam kiedyś wszystkie odcinki, a później jeszcze długo wracałam do muzyki z serialu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Serialu nie oglądałam, ale trudno o nim nie słyszeć. Może się skuszę, kto wie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Spróbuję dać szansę temu serialowi, pomimo daty produkcji :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwierz mi to, że ten serial ma już parę lat, nie oznacza, że jest zły :-)

      Usuń
  6. O Twin Peaks słyszałam mnóstwo dobrych opinii :) Z tego, co wiem, istnieje również film partnerujący serialowi? Jednak ręki sobie nie dam uciąć za tę informację :). Mam w planach obejrzeć TP, bo sam fakt, że serial po tylu latach nadal nie pozwolił o sobie zapomnieć - musi w nim coś tkwić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację film również istnieje i przedstawia wydarzenia poprzedzające akcję serialu :-)

      Usuń
  7. Ostatnio oglądałam serial "Wayward Pines", który jest podobny do Twin Peaks. A Twin Peaks mam w planach ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z chęcią zapoznać się z tym serialem :-)

      Usuń
  8. W sumie nigdy nie słyszałam o "Twin Peaks", a szkoda, bo czytając Twoją recenzję, poczułam, że to coś dla mnie. Tak więc jeśli w wakacje będę mieć czas, to może się skuszę... ;))
    A tak jeszcze chciałam napisać coś ogółem o Twoim blogu, bo dopiero co tu trafiłam i jestem pod wrażeniem. Właściwie znalazłam się tu przez "Gran Hotel" (od którego od tygodnia nie potrafię się oderwać), przeczytałam recenzję, "rozejrzałam się" po blogu i uznałam, że w jakimś sensie jesteśmy bratnimi duszami (podobny gust serialowo-książkowy (podpisuję się rękami i nogami pod tym, że Miłoszewski jest lepszy od Mankella! :))), nauka hiszpańskiego i "lubienie" tego języka). Ogromnie zachęciłaś mnie do obejrzenia "El Internado", ale boję się, że za bardzo mnie wciągnie. :')) Ale od czego w końcu są wakacje... :D
    Wybacz, że komentarz nie do końca na temat tego postu, ale nie chciałam rozbijać go na mniejsze fragmenty pod konkretnymi wpisami, więc pozwoliłam sobie napisać taki długaśny komentarz tutaj. :'))
    Z chęcią w wolnej chwili poczytam inne Twoje recenzje, może dzięki nim odkryję coś dobrego. :))
    Takie pytanie na koniec: według Ciebie lepszy jest "Gran Hotel" czy "El Internado"?
    Pozdrawiam bardzo serdecznie,
    terpsychorka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pytanie bardzo trudne, bo oba seriale są naprawdę świetne, ale myślę, że odrobinę bardziej wolę Gran Hotel, pewnie przez to, że to był mój pierwszy serial hiszpański, który tak mnie zachwycił, ale co równie ważne, to akcja. która rozgrywa się przeszło sto lat temu, a ja uwielbiam właśnie klimat tamtych czasów, dla mnie to coś magicznego, ale El Internado również trzyma poziom ;) Dziękuję za Twój komentarz, niezmiernie miło mi było go czytać, ciesze się, że również inne recenzje przypadły Ci do gustu. Pozdrawiam ;)

      Usuń
  9. Najbardziej podoba mi się to, że swoimi "propozycjami" praktycznie zawsze trafiasz w mój gust :)

    OdpowiedzUsuń